jak nazwana została śmierć danusi
Charakterystyka Danusi i Jagienki. Danusia Jurandówna i Jagienka ze Zgorzelic to bohaterki powieści Henryka Sienkiewicza pt"Krzyżacy". Danusia była dobrą dziewczyną o jasnych włosach.Ubierała się w powłuczyste szaty damy dworu.Jej subtelna uroda i filigranowość sprawiały że"wydawała się małym dzieckiem,ale zarazem przecudnym
Początki czarnej śmierci. Wielu uczonych uważa, że dżuma dymienicza rozpoczęła się w północno-zachodnich Chinach, podczas gdy inni przytaczają Chiny południowo-zachodnie lub stepy Azji Środkowej. Wiemy, że w 1331 roku w Imperium Yuan wybuchła epidemia, która mogła przyspieszyć koniec panowania Mongołów nad Chinami.
Cechy dobrze będzie poprzeć przykładami.Zadanie: charakterystyka porównawcza danusi i jagienki. charakterystyka porównawcza Jagienki i Danusi: W książcę Henryka Sienkiewicza pt. "Krzyżacy" jednym z głównych bohaterek są Danusia oraz Jagienka ze Zgorzelic. Po śmierc matki Danusi jej prawną opiekunką zostaje księżna Anna Danuta.
Read Np 2017 07 by Nasza Politechnika Politechnika Krakowska on Issuu and browse thousands of other publications on our platform. Start here!
״I tak jak nosiliśmy podobiznę ziemskiego, tak nośmy rów nież wyobrażenie niebiańskiego“ (w. 49). Przez ciało duchowe upodabniamy się do człowieka niebiańskiego, podobnie jak przez ciało zmysłowe upodabniamy się do człowieka ziemskiego. Wypływa stąd wniosek, że Chrystus nazwany jest człowiekiem
nonton film action lk21tv com sub indo. Nie umiemy mówić o śmierci, choć jest przecież najbardziej intymnym, a zarazem najbardziej naturalnym wydarzeniem w życiu człowieka. Nie ma jednak w tym naszej winy. Jak kruche jest życie, uświadamia nam tak naprawdę wiadomość o nieuleczalnej chorobie. Po szoku pojawia się niewiara w lekarską diagnozę: To musi być pomyłka! Spis treściMemento mori - śmierć dotyczy każdegoOd buntu do akceptacji śmierciOswajanie śmierci poprzez rozmowę z osobą chorąOswajanie śmierci: życie z wiedzą o nadchodzącej śmierciOswajanie śmierci: żałoba zwykle trwa około roku Ojciec cały czas udawał, że dobrze się czuje. Nie przyznawał się do bólu. Nie chciał nas martwić. Wiedział, że umiera, ale nie udało nam się o tym porozmawiać - te słowa córki pacjenta hospicjum mogłoby powtórzyć wielu z nas. Dawniej ludzie umierali w domu, w otoczeniu bliskich. Żegnali się z nimi, godzili, przekazywali swoją wolę. Przy łożu śmierci stawali krewni i sąsiedzi. Był czas na czuwanie, modlitwę, ważne gesty. Dzisiaj śmierć została odarta z majestatu, wypchnięta z naszego życia jak coś wstydliwego. Często ma miejsce w szpitalu pod nieobecność rodziny, a my nie wiemy, jak się wobec niej zachować. Nie umiemy mówić o śmierci - najbardziej intymnym, a zarazem naturalnym wydarzeniu w życiu człowieka. Nie ma w tym naszej winy. Rozwój cywilizacji sprawił, że straciliśmy bezpośredni kontakt z przyrodą, a tym samym możliwość obserwowania jej rytmu. Zmienił się model rodziny. Najczęściej nie obserwujemy z bliska, jak starzeją się i umierają nasi dziadkowie, pradziadkowie. Śmierć jest więc dla nas czymś zupełnie nowym, niezrozumiałym i strasznym. A mimo to trzeba mówić o niej. Pracownicy hospicjów opiekujący się umierającymi twierdzą, że nie powinien to być w naszych domach temat tabu. Najlepiej oswajamy się z umieraniem, gdy o nim rozmawiamy. Pomagamy w ten sposób odchodzić naszym bliskim. I paradoksalnie, sami właśnie dzięki śmierci odnajdujemy głębszy, prawdziwy sens swojego życia. Memento mori - śmierć dotyczy każdego Ludziom młodym i w pełni zdrowym śmierć wydaje się tak odległa, że aż nierzeczywista. Wszyscy w głębi duszy łudzimy się, że nigdy nie nastąpi. O kruchości życia przypomina dopiero tak naprawdę nieuleczalna choroba. Na pierwszy plan wysuwa się ciało, bo od niego zależy nasze być albo nie być. Reszta jest nieważna. Choroba ciała staje się źródłem lęku przed bólem, niedołężnością, samotnością, sądem ostatecznym. Jedni mają odwagę mówić o tym wprost, inni sądzą, że taka rozmowa przybliży ich do śmierci, i unikają jej. Od buntu do akceptacji śmierci Nagła wiadomość o nieuleczalnej chorobie powoduje, że człowiek doznaje szoku, jest zdezorientowany. Zaraz potem zaczyna zaprzeczać wszystkiemu, co mówią lekarze: - To jakaś pomyłka. Niemożliwe, żebym był tak poważnie chory. Powoli jednak okrutna prawda zaczyna docierać do jego świadomości. Narasta złość przeciwko całemu światu, również przeciwko sobie. Chory nie potrafi zaakceptować własnej ułomności, utraty pozycji w rodzinie i firmie. - Niektórzy pacjenci dowiadują się o chorobie nowotworowej z dnia na dzień i tak samo szybko muszą zrezygnować z pracy - mówi Sławomira Woźniak, psycholog w Archidiecezjalnym Zespole Domowej Opieki Paliatywnej. - Szczególny gniew odczuwają mężczyźni będący na kierowniczych stanowiskach. Nie potrafią pogodzić się z faktem, że świat rządzi się innymi prawami niż te, które oni ustanowili. Że nieodłącznymi elementami życia są cierpienie i śmierć. Po pewnym czasie chory rezygnuje jednak z buntu i zaczyna się targować. Próbuje odwlec moment śmierci - do ślubu córki, do narodzin wnuka. Potem przestaje wierzyć w sens tych zabiegów i wpada w depresję. Nie chce przyjmować leków, jeść. Wreszcie dojrzewa do akceptacji choroby i śmierci. I o dziwo, to mu daje spokój. Staje się życzliwy dla otoczenia i samego siebie. Zaczyna nawet cieszyć się chwilą. - Pewna młoda kobieta znalazła największe szczęście w przyglądaniu się swoim dzieciom - opowiada Sławomira Woźniak. - „Tylko sobie siedzę i na nie patrzę. Nic więcej mi nie potrzeba” - zwykła mawiać. Ten rodzaj dystansu jest niemal nieosiągalny dla ludzi zdrowych. Oswajanie śmierci poprzez rozmowę z osobą chorą Rzadko odwiedzamy konających przyjaciół czy sąsiadów. Uważamy, że przecież nie wypada; że w takich momentach chory powinien pozostać sam na sam z rodziną. W konsekwencji nie mamy pojęcia, jak się zachować, co mówić, kiedy umierającym jest ktoś spośród naszych najbliższych. - W takiej sytuacji rodzina musi się dopiero nauczyć postępowania ze śmiertelnie chorym - mówi ksiądz Andrzej Dziedziul, dyrektor Ośrodka Hospicjum Domowe. Najczęściej otoczenie jest tak samo przerażone jak chory. Nie chce go zranić. Omija temat śmierci. Próbuje utrzymać prawdę w tajemnicy. Zdarza się również, że obie strony są świadome beznadziejności sytuacji, ale nie mówią o tym, żeby nie sprawiać sobie wzajemnie przykrości. Rozmowę zastępuje nieustannie powtarzane pytanie: „jak się czujesz?”. To rodzaj ucieczki przed problemem. Oswajanie śmierci: życie z wiedzą o nadchodzącej śmierci Wydawałoby się, że czas od wyjścia ze szpitala jest dla śmiertelnie chorego tylko czekaniem na koniec. „Przykro mi, ale nic się już nie da zrobić”. Te słowa lekarza wielu pacjentów traktuje jak wyrok. Do jego wykonania pozostaje zwykle jeszcze kilka miesięcy, tygodni, dni. Bywa, że ostatnie miesiące czy tygodnie życia stają się niezwykle cennym i pięknym okresem. Jest wreszcie okazja, by spotkać się z dawno nie widzianym krewnym, przebaczyć sąsiadowi, uporządkować sprawy majątkowe, zrzucić z serca dręczącą tajemnicę. To wszystko chory może zrealizować właśnie za pośrednictwem bliskich. Nie dokona tego, jeśli nie przełamią wspólnie bariery milczenia na temat śmierci. Żal za życiem jest odczuwany przez umierających bez względu na wiek. Staruszek równie mocno broni się przed śmiercią jak nastolatek. Zdarza się jednak, że ludzie starsi mają poczucie spełnionego życia i z niecierpliwością oczekują końca, modlą się o jego rychłe nadejście, są przygotowani. Cieszą się na myśl o spotkaniu zmarłych członków rodziny, przyjaciół. Być może poszczególne etapy reakcji na chorobę (szok, bunt, gniew, targowanie się, depresja, akceptacja) rozciągają się u nich w czasie. Być może niektórzy starsi ludzie przechodzą je znacznie wcześniej, bo przeżyli już śmierć kogoś innego albo nie przechodzą ich w ogóle. Bez wątpienia jednak bardziej u siebie czują się wśród zmarłych niż wśród żywych. - Babcia umarła, kiedy byłam na praktykach studenckich - wspomina 40-letnia Joanna. - Przyśniło mi się, że zabrała mnie na ciastka, usiadłyśmy je zjeść na ławce w parku, a ona powiedziała, że to pożegnanie, bo nigdy razem nie pójdziemy na coś słodkiego. Rano zadzwoniłam do domu. Wiedziałam, że stało się coś złego. Wierzę, że babcia naprawdę przyszła się ze mną pożegnać. Oswajanie śmierci: żałoba zwykle trwa około roku Śmierć najukochańszej osoby to nie koniec, ale początek bólu dla tych, którzy zostali. Żałoba ma rozmaite objawy i fazy. Niczemu nie można się dziwić, każdy reaguje po swojemu. Niektórzy płaczą, inni nie znajdują w tym ulgi, wiele osób odczuwa fizyczny ból i choruje. Bywa, że ludzie rzucają się w wir pracy, aby zmęczyć się i nie myśleć. Dawniej uważano, że przez trzy dni po śmierci dusza zmarłego przebywa w domu. Ale nasi zmarli nigdy od nas nie odchodzą, są obecni w myślach, wracają w snach. Pocieszamy się, że kiedyś się spotkamy w świecie bez bólu i cierpienia. - W przypadku choroby nowotworowej żałoba po zmarłym zaczyna się jeszcze przed jego śmiercią - mówi Maria Bogucka, psycholog w Ośrodku Hospicjum Domowe. - Rozpaczy towarzyszy całkowita dezorganizacja życia. Podczas żałoby trzeba je uporządkować na nowo. W polskich warunkach trwa to zwykle od pół roku do dwóch lat. Ale obecność zmarłego jest odczuwana przez bliskich znacznie dłużej. Jeśli jednak wracają oni w tym czasie do codzienności: pracy, szkoły, domowych obowiązków, nie ma powodu do niepokoju. Gorzej, jeżeli jeszcze po dwóch latach osoba osierocona nie potrafi odnaleźć się w nowej sytuacji. Powinna się zgłosić do specjalistów, którzy poradzą jej, jak nauczyć się żyć. miesięcznik "Zdrowie"
Bill Dodds Przewodnik po niebie, piekle i czyśćcu Wydawnictwo WAM 2002. Tytuł oryginału Your One-Stop Guide to Heaven, Hell and Purgatory Czym jest śmierć? Wobec śmierci wszyscy są równi. W takim samym stopniu dotyka ona i księcia, i żebraka. Czasem niespodzianie, nie zważając na majątek czy stanowisko, zalety czy wady. Śmierć to także wielka tajemnica. Każdy człowiek podchodzi do jej drzwi, samotnie przez nie przechodzi — i co dalej? Nieważne, co jest po drugiej stronie, nieważne nawet, co oznacza przekroczenie tych drzwi. Czym jest śmierć? Bóg stworzył nas z dwóch części, z dwóch elementów — ciała i duszy. Ciało jest tą częścią, którą można zobaczyć i dotknąć. Ta właśnie część człowieka spożywa pokarm, rośnie, obciera sobie kolana, ta część zapada na choroby, ulega wypadkom i w końcu przestaje funkcjonować. Gdy umieramy, dusza — ta część człowieka, która żyje wiecznie — opuszcza ciało (o duszy powiemy więcej w następnym rozdziale). My, ludzie, jesteśmy jedynymi stworzeniami, które są świadome, że w pewnym momencie rozstaną się ze swym ciałem. To jedna ze zdolności — a także jeden z darów — jakie odróżniają nas od zwierząt na ziemi. Pies nie wie, że jego psie dni są policzone. Wiewiórka nie rozumie, że ma przed sobą tylko kilka letnich sezonów na zbieranie orzechów i tylko kilka zim, by je zjeść. Motyl, źdźbło trawy czy mikroskopijna bakteria nie zdają sobie sprawy, że dziś żyją, a jutro zginą. Tylko my możemy się martwić, że jesteśmy śmiertelni. Tylko my pytamy, dlaczego musimy umrzeć. I tylko my zastanawiamy się, co stanie się później. Jesteśmy jedynymi istotami, które są zdolne nadać myślom kształt słów: dokąd odeszła moja ukochana? Dokąd ja kiedyś odejdę? Poważne pytania Ze względu na to, że takie pytania są udziałem wszystkich, każda religia na ziemi usiłuje w ten czy inny sposób na nie odpowiedzieć. Niektórzy uważają, że nie ma już nic po życiu na ziemi. Inni sądzą, że po śmierci zaczyna się nowe życie na ziemi w odmiennej formie. Gdzie dokładnie się znajdziesz? Twoim następnym miejscem pobytu może być: — Niebo. Życie wieczne z Bogiem oraz ze wszystkimi niebiańskimi duszami i aniołami. Niebo jest miejscem najwyższego i ostatecznego szczęścia. Jest przedmiotem najgłębszej tęsknoty ludzkich serc. — Piekło. Miejsce ostatecznego i definitywnego samowykluczenia ze wspólnoty z Bogiem oraz duszami i aniołami w niebie. Jest dla tych, którzy — dokonując wolnego wyboru — odrzucili wiarę i możliwość odejścia od życia w grzechu, nawet do końca swego życia na ziemi. — Czyściec. Jest to miejsce ostatecznego oczyszczenia się przed wejściem do nieba. Jest dla tych, którzy zmarli w przyjaźni z Bogiem, lecz nie byli całkiem oczyszczeni. Jest to ostateczne pozbycie się ludzkich niedoskonałości przed dostąpieniem niebiańskiej radości. Niebo i piekło są ostatecznymi i wiekuistymi miejscami przeznaczenia. Nie ma od nich odwrotu. Czyściec jest miejscem przejściowym, gwarantującym, że dalej czeka już tylko niebo. Być może nie zdajesz sobie sprawy, że Kościół mówi także o tym, co dzieje się z twoim ciałem. Twoje martwe ciało nie „pozostanie martwe”. W pewnym momencie, lub dokładniej, gdy nadejdzie kres, Jezus powróci na ziemię — nastąpi powtórne przyjście Chrystusa. Ciała ponownie połączą się z duszami (do tej sprawy powrócimy w rozdziale ósmym). Twoje ciało ponownie połączy się z twoją duszą, a następnie — jak u Jezusa — stanie się ciałem nieśmiertelnym, nie ulegającym zepsuciu. Kiedy Kościół katolicki głosi wiarę w „ciała zmartwychwstanie” (Symbol Apostolski) lub „oczekuje wskrzeszenia umarłych” (Symbol Nicejsko-Konstantynopolitański), to nie chodzi tu tylko o Jezusa w wielkanocny poranek sprzed prawie 2000 lat. Chodzi tu o nas. O każdego z nas. Chodzi o ciebie. Ciało odczytujące te słowa, ciało, które daje mieszkanie twojej duszy. Kiedyś, po tym, jak nastąpi oddzielenie tych części przez śmierć, a dusza podąży do nieba, piekła lub czyśćca, dojdzie do ponownego ich połączenia. I będą żyć. Wiecznie. Czy kiedyś żałowałeś, że nie możesz być nieśmiertelny? I co? Przecież jesteś nieśmiertelny. opr. mg/mg
Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 16:13 Okrutny los nie pozwoli Jurandównie zaznać prawdziwego szczęścia. W kilka godzin po ślubie zostaje uprowadzona przez Krzyżaków i załamuje się psychicznie w obliczu udręki i brutalnego traktowania. Przewożona w ciemnej kołysce i poniżana, żyjąc wśród wrogów, zaczyna przypominać schwytane w klatkę zwierzę: „Jedynym uczuciem, które opanowało całą jej istotę, był przestrach podobny do takiego płochliwego przestrachu, jaki okazują schwytane ptaki. Gdy przyniesiono jej posiłek, nie chciała przy ludziach jeść, jakkolwiek z chciwych jej spojrzeń rzucanych na jadło znać było głód, może nawet zadawniony. Zostawszy sama, rzucała się na spyżę z łakomstwem dzikiego zwierzątka”. Taką właśnie odnajduje ją Zbyszko i z przerażeniem patrzy na „wychudłą twarz z zastygłym wyrazem przerażenia, zapadłe oczy, potargane strzępy odzieży” ukochanej. Dziewczyna nie poznaje nikogo i popada w obłęd. Wycieńczona umiera w drodze do rodzinnego Spychowa, odzyskując na chwilę świadomość, by po raz ostatni spojrzeć na męża. Uważasz, że ktoś się myli? lub
Odpowiedzi blocked odpowiedział(a) o 21:10 Okrutny los nie pozwoli Jurandównie zaznać prawdziwego szczęścia. W kilka godzin po ślubie zostaje uprowadzona przez Krzyżaków i załamuje się psychicznie w obliczu udręki i brutalnego traktowania. Przewożona w ciemnej kołysce i poniżana, żyjąc wśród wrogów, zaczyna przypominać schwytane w klatkę zwierzę: „Jedynym uczuciem, które opanowało całą jej istotę, był przestrach podobny do takiego płochliwego przestrachu, jaki okazują schwytane ptaki. Gdy przyniesiono jej posiłek, nie chciała przy ludziach jeść, jakkolwiek z chciwych jej spojrzeń rzucanych na jadło znać było głód, może nawet zadawniony. Zostawszy sama, rzucała się na spyżę z łakomstwem dzikiego zwierzątka”. Taką właśnie odnajduje ją Zbyszko i z przerażeniem patrzy na „wychudłą twarz z zastygłym wyrazem przerażenia, zapadłe oczy, potargane strzępy odzieży” ukochanej. Dziewczyna nie poznaje nikogo i popada w obłęd. Wycieńczona umiera w drodze do rodzinnego Spychowa, odzyskując na chwilę świadomość, by po raz ostatni spojrzeć na męża. hehe jeżeli chodzi o Krzyżaków to poszukaj sobie na necie wejdź na [LINK] i tam powinnaś mieć napisane pytanie ;]]] Uważasz, że ktoś się myli? lub
Teatr Narodowy staje się z wolna moim ulubionym. Idę tam jak do swojego domu, lubię ten zespół. Nawet przedstawienia budzące mój opór, są z punktu widzenia teatralnego rzemiosła dopracowane i spójne (dwie inscenizacje Piotra Cieplaka: „Suplement” i „Elementarz”). Z niektórymi mocno się za to identyfikuję. Choć rzadko bywają „teatrem mieszczańskim”, a w naładowanym stereotypami umyśle Witolda Mrozka z „Wyborczej” ja przecież chcę powrotu takiego teatru. To oczywiście bzdura, efekt dwubiegunowego myślenia. Niemniej „Śmierć Dantona” Georga Büchnera w tymże teatrze była dla mnie w teorii wyzwaniem. Oglądałem ją drugiego dnia po premierze, nieobciążony recenzyjnym szumem. I jestem pod wrażeniem. Pozytywnym. Dlaczego była wyzwaniem? Barbara Wysocka, aktorka lewicowego Teatru Powszechnego jest zapewne moją ideową i estetyczną oponentką (a raczej ja jej oponentem). Jej „Juliusz Cezar” Szekspira w Powszechnym wydał mi się zbyt naładowany sztuczkami, egotyczny, obciążony manierą. Tu mogło być podobnie. Ale choć sztuczki się pojawiły, całość „Śmierci Dantona” znakomicie się wybroniła w oczach takiego tradycjonalisty teatralnego jak ja. Zacznijmy jednak od tematyki. Postać Jacquesa Dantona, jednego z przywódców Wielkiej Rewolucji Francuskiej, próbującego zatrzymać tryby terroru jest nam doskonale znana. W roku 1976 Andrzej Wajda wystawił w Teatrze Powszechnym „Sprawę Dantona” sztukę lewicowej polskiej pisarki Stanisławy Przybyszewskiej (córki sławnego poety tworzącej w międzywojniu). Był to polityczny dyskurs, bardzo jednak efektowny, rozpisany na głosy, w którym autorka stawała zresztą po stronie rzecznika „dokończenia rewolucji” Maximilliena Robespierre’a, kto ry wysłał Dantona na szafot. W roku 1982 Wajda na motywach tej samej sztuki nakręcił we Francji film „Danton”. I tym razem stawał po stronie straconego Dantona przeciw jego mordercy – związane to było z narastającym konfliktem reżysera z komunizmem. Robespierre’a grał, tak jak w pierwszej teatralnej wersji Wojciech Pszoniak. Dantona – Gerard Depardieu (w teatrze Bronisław Pawlik). Francuska lewica film potępiła, prezydent Mitterand wyszedł z jego premiery. Wolnościowe, antytotalitarne przesłanie zgodne było za to z ówczesnymi polskimi sentymentami. Ale sprzeczne z pierwotnym przesłaniem Przybyszewskiej, która uważała Robespierre’a za straconą, bo przedwczesną, niemniej szlachetną szansę na przekształcenie rewolucji politycznej w eksperyment socjalny. Büchner swoją sztukę napisał w roku 1836, prawie 100 lat przed Przybyszewską. Tekst, choć chwilami przeładowany nadelokwencją, brzmi dziś zaskakująco nowocześnie. Przy pewnych manieryzmach , po części obrazujących klasycystyczną erudycję bohaterów, a po części romantyczne skojarzenia autora, mamy wrażenie, jakbyśmy oglądali i słuchali ludzi z XX wieku. Niemiecki poeta był zwolennikiem rewolucji, a jednak solidaryzując się z przeciwnikiem terroru Dantonem, a w każdym razie pokazując go jako sympatyczniejszego niż Robespierre’a, dał wyraz swojemu przerażeniu pytaniem, w co rewolucja może się zmienić. To z jego wizją historii polemizowała Przybyszewska. W Polsce nie grano tego tekstu od lat. Wysocka zmagała się już z jego „Woyzekiem” i „Lenzem”. Co odnalazła w opowieści o straceniu Dantona? Jacek Wakar dworuje sobie, że to co powiedziano już dziesiątki razy: rewolucja zjada swój ogon. Częściowo to prawda – niedawno Wawrzyniec Kostrzewski zmierzył się w mocno przez siebie okrojonym „Maratem Sade’em” Petera Weissa, sztuką dużo nam bliższą , i niektóre spostrzeżenia brzmią podobnie. I tu i tam okrutna spirala śmierci jest okazją do refleksji nad konsekwencjami eksperymentu. Pojawiają się te same pytania i czasem nawet odpowiedzi. A zarazem jednak warto było sięgnąć po „Śmierć Dantona”, bo rewolucja francuska jest kopalnią spostrzeżeń: na temat miejsca jednostki w procesie dziejowym. Także jednostki, która do pewnego momentu jest liderem zdarzeń. przewodzi. Mamy do czynienia z mnóstwem obserwacji dotyczących wyborów poszczególnych postaci. I uwag dotyczących klimatu nieładu: społecznego, ale także myślowego. Symbolem tego nieładu staje się zderzenie rzeczników tyranii cnoty (Robespierre i jego towarzysze) z obrońcami epikurejskiej swobody i korzystania z życia (Danton i jego towarzysze). Niemiec oddaje dobrze stan chaosu. Szaleństwo społeczeństwa żyjącego pod gilotyną, odurzonego zapachem krwi. Ale też społeczeństwa, które nie przestaje sobie zadawać pytań podstawowych, także egzystencjalnych. Może nawet zadaje je bardziej, bo gorączkowo. Mamy aktualną do dziś refleksję polityczną: kto jest groźniejszy, fanatycy czy sprzedajni pragmatycy. Łatwo ją sprowadzić do doraźnych aluzji nawet i do polskiej rzeczywistości (sekta kontra mafia?). Ale nawet jeśli reżyserka pomyślała o nich, tekst broni się przed natrętną aktualizacją. I nasuwa skojarzenia odleglejsze od polskich, dotyczące różnych rodzajów totalitarnych utopii. Choć naturalnie pewne cząstkowe mechanizmy są wspólne dla różnych systemów i epok. A równocześnie chyba nawet bardziej zaintrygowały Wysocką rozmowy w cieniu gilotyny, owe manifesty ateizmu, rozterki i szamotaniny: po co żyjemy, jak i dlaczego umieramy. Nie trzeba wcale się utożsamiać z dekadenckim epikureizmem Dantona. Warto go wszakże posłuchać. I dostrzec w tej postaci ciekawego przewodnika po tamtych czasach, a może w ogóle po historii. Będąc niemal nihilistą, Danton powinien umrzeć podle. A umiera godnie, choć w aurze znużenia, wręcz odrętwienia, które odnotował jako jedyną rzecz godną uwagi znudzony krytyk Wakar. Mnie potok słów padających ze sceny czasem męczył, ale wiele zdań wydało się interesującymi. Także na temat relacji kobieta-mężczyzna czy roli sztuki w naszym życiu. Mówiłem o sztuczkach. Jest ich sporo: od obracanej po wielekroć piętrowej konstrukcji, na której grają aktorzy, po finałowe śmietnisko na scenie. Część scen jest inscenizowana zgodnie z logiką metaforycznego skrótu: Danton paraduje półnago podczas rozmowy z Robespierre’em, a ten w czasie szaleńczego wystąpienia przed Konwentem dostaje krwotoku albo go aranżuje. Niektóre efekty wydały się wątpliwe, zbyt tanie. Po co takie rekwizyty jak telefony czy maszyny do pisania? Nie tak osiąga się efekt uniwersalności – to maniera. Dlaczego sławnego prokuratora gra kobieta (Klara Ilgner)? Niczym się to nie tłumaczy. Niemniej większość owego scenicznego bezładu zgodna jest z klimatem chaosu świata bohaterów, także finałowa rupieciarnia, także imitowanie piłkami ludzkich głów. Nie dziwiło mnie, kiedy ludzie Robespierre’a na naszych oczach stopniowo zmieniali stroje z epoki na współczesne. To – mam nadzieję – nie oklepana aluzja do naszej rzeczywistości, a podkreślenie uniwersalizmu rewolucyjnej utopii. Najbardziej konserwatywnym widzom to rozedrganie będzie pewnie przeszkadzać. Ja widziałem w nim potwierdzenie natury tego dramatu – metafory wykraczającej poza własne czasy. Przejrzałem już po przedstawieniu tekst. Autorka poza drobnymi cięciami nie manipulowała nim, zmieniła nieznacznie finał, ale przecież nie jego sens. Miałem zasadnicze pretensje do Jana Klaty, że w głaskanej do dziś przez krytyków wrocławskiej inscenizacji „Sprawy Dantona” (2008) przykrył tekst formą, zdeformował myśl. „Wyborcza” była zachwycona, że aktualne. Dla mnie tanie, jeśli nie cokolwiek tandetne. Tu za to nie rażą współczesne wtręty, ani klimatyczna muzyka samej reżyserki, bo wiemy i słyszymy, o czym to jest. Także dzięki aktorom . Młoda Wysocka postawiła na młodszą lub mniej eksponowaną część zespołu. I to się sprawdziło. Oskar Hamerski jako Danton spełnia rolę przewodnika po krainie szaleństwa. Jest biologiczny, a jednak niedosłowny, niedosłowny, ale w finale budzący sympatię, bo tak bardzo człowieczy, także w swojej bucie i zblazowaniu. Przemysław Stippa jako Robespierre jest całkiem inny niż Pszoniak. Przypomina go na początku, skupiony, ascetyczny, nie odkrywający kart. Ale potem zmienia się w połamanego psychopatę. Może to zbyt prozaiczne odczytanie tej postaci? Ale czy nie prawdziwe? I czy nie mające pokrycia w tekście, w tych szaleńczych tyradach? W finale jako groźna milcząca postać wisząca nad wszystkim na ostatnim piętrze, Stippa-Robespierre dawał się zapamiętać na długo. I mnóstwo ról mniejszych. Kacper Matula też daje się zapamiętać w obłędnym zupełnie monologu Barere’a, jednego z członków Komitetu Ocalenia Publicznego, czyli narzędzia terroru. W konfrontacji z Pawłem Paprockim – Collotem. Nie wiem, dlaczego Karol Dziuba gra jako jedyny dwie postaci, obie związane z Dantonem, ale jest bardzo przekonujący. Swój mocny monolog ma też bardzo biurokratyczny Saint Just Pawła Tołwińskiego. Mateusz Rusin (wschodząca gwiazda Narodowego, Lacroix) i Mateusz Kmiecik (Kamil Desmoulins) świetnie partnerują Dantonowi oscylując między surrealistyczną groteską, a grą emocjami, serio. Tacy są tu zresztą wszyscy. Buchner zwracał baczną uwagę na kobiety. Wiktoria Gorodeckaja jest interesująca w swojej ewolucji żony Danton a: od frywolnej, nieco szalonej dziewczyny Dantona do melancholijnej samobójczyni. Swoje pięć minut ma też młodziutka gwiazda filmu „Wołyń” Michalina Łabacz jako żona Kamila Desmoulinsa Lucille. Jej końcowy krzyk zapamiętamy wychodząc z teatru. Początek wydał mi się zimny, trochę odległy od naszych spraw. Kiedy się kończyło, doceniłem siłę teatru opowiadającego o człowieku bez fotograficznego realizmu, a przecież sugestywnie. Ten finał dał się zapamiętać jako przeraźliwie smutny. Potwierdzali to ludzie, z którymi „Śmierć Dantona” oglądałem. Wyszliśmy z teatru zdołowani. Zapewne niedługo znów będę z Barbara Wysocką po dwóch stronach teatralnej barykady. Na razie jej gratuluję. A jeszcze bardziej sile teatralnej maszynerii umiejącej opowiadać o wszystkim . I Janowi Englertowi – żywego teatru.
jak nazwana została śmierć danusi